Zbliża się Nowy Rok – czas postanowień. Na przykład tych dotyczących ogarnięcia swojego grafiku. Ogarnięcia czasu. Ogarnięcia życia.

 

Nabywamy nowe kalendarze, notatniki, planery. Część z was pewnie znalazła coś w tym stylu pod choinką. Inni dopiero przymierzają się do nabycia czegoś, co pomoże ogarnąć im swoje życie. No dobra, może nie życie od razu, tylko czas. Tak czysiak, co by nie mówić – temat jest na czasie.

W pierwszej kolejności chciałbym rozprawić się z pytaniem, czy w ogóle potrzebujemy pomocy w ogarnięciu swojego czasu. Może dokonuję zbyt wybiórczej oceny (to już sami stwierdzicie), ale wydaje się, że spotkanie osoby, która nie ma problemu z brakiem czasu i zarządzaniem nim, to spory ewenement. Większość osób zarówno z wąskiego, jak i szerokiego grona moich znajomych boryka się z nieustannym niedoborem czasowym. Ba, zdaje się, że brak czasu stał się pewnego rodzaju trendem.

No bo przecież to wygląda całkiem spoko, gdy odbierasz telefon i mówisz: Sorry, kochany, ale nie mogę rozmawiać. Jestem na spotkaniu. Oddzwonię później. Wiecie, nie ma znaczenia, czy to jest spotkanie z przedstawicielami chińskiego koncernu paliwowego, czy akurat wpadłeś na panią Stasię spod siódemki (uwaga, oto wielki powrót pani Stasi – dla tych, którzy czytają nas od dawna!). Byłbym hipokrytą, gdybym poprzestał na osądzie moich znajomych i nie wspomniał, że ja sam często nie ogarniam ilości spotkań, spraw i rzeczy, które następują po sobie w zatrważająco szybkim tempie. Tak więc chyba coś jest na rzeczy, bo mimo iż kocham środowisko moich ludzi i uważam je za wyjątkowe, to nie wydaje mi się, żeby aż tak różniło się od innych środowisk i wytworzyło swój własny, charakteryzujący je problem, jakim jest brak czasu.

Kiedyś słuchałem audycji radiowej, w której jacyś historycy opowiadali o różnicach w codzienności człowieka współczesnego i tego żyjącego w średniowieczu. Oprócz zasadniczych rozbieżności, jak choćby brak elektryczności czy dietetycznej coli, jedną z podstawowych spraw, jakie podkreślali, było tempo życia i wszystkie związane z tym skutki. Bardzo to było ciekawe, ale czemu wam o tym mówię? Ano dlatego, że poszedłbym w tym stwierdzeniu dalej i postawił tezę, że tempo życia człowieka z przełomu lat 2015/16 jest dużo większe niż człowieka żyjącego jeszcze w latach 90. (to wtedy, kiedy jaraliśmy się Spice GirlsBackstreet Boys). Ludzie! Przecież w tamtych czasach młodzi mieli czas na wszystko. Pamiętam, że całkiem powszechną była sytuacja, kiedy ktoś do mnie dzwonił i mówił: Siema, poróbmy coś, bo mi się nudzi. Kumacie?! Jednak nie ma co wzdychać, bo jak mówi klasyk – to już było i nie wróci więcej. Co więc z nami, korposzczurami, ludźmi biznesu i ogarniaczami projektów wszelakich?

Może warto zacząć od podstaw, czyli stylowego dodatku… Wracamy zatem do kalendarzy, notatników i planerów. I co, koniec? Skądże, bo kalendarz kalendarzowi nierówny. Oto kilka propozycji, które wybraliśmy razem z Poli (to ona dba o nasz design) i możemy spokojnie polecić je na zbliżający się rok:

NOTEKA – zero paździerza. Sami o sobie piszą, że są sklepem stworzonym z miłości do pięknych przedmiotów codziennego użytku i upiększania miejsca pracy. Jeśli prostota i dopieszczone szczegóły są tym co totalnie wpisuje się w twoją estetykę, to dogadasz się z którymś z proponowanych przez nich planerów. Poli ma już jeden z nich.

PAN KALENDARZ –  to dla tych, którym potrzeba trochę więcej szaleństwa. Mniej konwencjonalne rozwiązania, trochę więcej bałaganu, ale nadal z sensem. No i przede wszystkim – wciąż ze stylem. Cztery różne propozycje okładki. PAN KALENDARZ gościł u nas w roku 2015.

SEZONOWNIK – też zauważyliście, że panuje moda na wegańskie żarcie? Jeśli nie chcecie płacić za podsmażone warzywka jak za kawał dobrego steka, to SEZONOWNIK sprzeda wam kilka ciekawych pomysłów, jak przyrządzić je samemu. A przy okazji będziecie mogli sobie zaplanować, kiedy je zjecie. Jest bardzo ładnie, a poza tym oni są prawdziwie hipsta, bo jedli warzywa, zanim to było jeszcze modne. Żarty żartami, ale przecież wszyscy kochamy jedzonko z Avocado we Wrzeszczu.

Co zatem kiedy mamy już swój wymarzony, 100% designerski kalendarz? Przede wszystkim określ swoje cele i priorytety. Nigdy nie osiągniesz tego, czego pragniesz, jeśli nie nadasz temu jakiegokolwiek kształtu. Najlepiej wyznaczaj sobie również ramy czasowe (byle realistyczne). No i nie bierz sobie za dużo na głowę! Fajnie jest zaczynać nowy rok z jakimiś postanowieniami. Budujemy w sobie przekonanie o czystej karcie i próbujemy mierzyć się z nowym życiem na wszystkich frontach. Siłownia, rzucenie palenia, nowy zapał w pracy, znalezienie drugiej połówki, gra na instrumencie. Z takim planem prawdopodobnie 31 stycznia spiszesz rok 2016 na straty. Pokój & luz, nie od razu Rzym zbudowano. Realizuj cele po kolei, od tych najważniejszych do tych najmniej istotnych. Jeśli coś ewidentnie ci nie idzie, nie zatrzymuj się i nie wal głową w mur, przejdź do kolejnego punktu. I patrz w przyszłość. Masz cały rok, nie wszystko wydarzy się w styczniu. Jeśli trzeba, rozciągnij swoje plany na kolejny rok.

Aha, jeszcze jedno. Mniej pożeraczy czasu! Telewizja, Facebook (z wyjątkiem 12 kamieni! He, he), gry na smartfonie. Pamiętaj, to jest kupa czasu, który przepada bezpowrotnie. Innymi słowy, są to mali oszuści, którzy niepostrzeżenie sprawiają, że rach-ciach i cała twoja noworoczna para idzie w gwizdek, bo na wszystko brakuje czasu. Każde dobro jest dla ludzi, ale po to mamy głowę, żeby z niej korzystać.

Na koniec: życzenia. W sumie tylko jedno. Bo gdyby Bóg miał wysłuchać tych wszystkich zdrówek, sukcesów w życiu osobistym i zawodowym, pieniędzy, fajnych żonek i mężów, to pewnie wszyscy byśmy źle skończyli. Zatem tylko jednego: żebyście w nadchodzącym roku ogarnęli swój czas. Na pewno będą z tego jakieś dobre owoce.

PS Jaki z tego wszystkiego morał? Nawet jak w 2016 roku wszystko się spieprzy, zostanie wam stylowy kalendarz.