Myśląc nad tym tekstem wciąż zastanawiałem się, gdzie jest granica tego dokąd Bóg może poprowadzić każdego wierzącego. Odpowiedź jest niezmienna od zawsze, ale tak samo ciężko w nią uwierzyć – tej granicy po prostu NIE MA.

 

Okres wakacji był dla projektu 12 kamieni dosyć ciężki. Kilka osób pożegnało się z nami, ktoś inny zmniejszył swoje zaangażowanie. Zawsze trudno jest żegnać się z ludźmi. Puścić ich i błogosławić im, zamiast na siłę zatrzymywać i zniechęcać do odejścia. W tym przypadku było dokładnie tak samo. W dodatku w takich sytuacjach pojawia się lęk, kto teraz zajmie się robotą, która dotychczas była ogarnięta. I czy jeśli w ogóle kogoś znajdziemy, to czy ta osoba będzie tak dobra jak poprzednia?! Lęk podsuwa najgorsze myśli, a emocje, które przy tym się rodzą szkodzą całej sprawie. Lęk kieruje ludzi przeciwko ludziom.

W każdej modlitwie i w wielu rozmowach padały zapewnienia o tym, że Bóg się zatroszczy. Ile było w tym wiary, a ile chrześcijańskich sloganów? On jeden wie… Często zastanawiam się nad tym czy jest taki stan, kiedy jesteś kocurem, który nigdy się nie lęka. Im dłużej żyje jako nowy człowiek, tym bardziej przekonuję się, że nie ma miejsca wiary, w którym nigdy nie zwątpisz albo chociaż nie dopuścisz na chwilę możliwości porażki. Lęk jest potężnym demotywatorem. Znamy wiele przykładów ludzi, którzy niesamowicie inspirowali swoim życiem, ale dopiero po latach dowiadywaliśmy się jaką wewnętrzną walkę toczyli przez cały ten czas.

I właśnie kiedy i my tonęliśmy sobie w odmętach lęku i niepewności, zaczęły pojawiać się nowe możliwości, nowe osoby chętne do współpracy. Nagle zaczęło przychodzić do nas ponadnaturalne zaopatrzenie. Czy to zasługa jakiegoś szczególnego okresu wznoszenia modłów do nieba? Nie przypominam sobie. Czy może pościliśmy w tej sprawie? Wstyd przyznać, ale też nie. Dlaczego więc stało się tak, że dzisiaj współpracujemy z nowymi, utalentowanymi ludźmi, mamy jeszcze większe możliwości i kilkanaście tysięcy na wydanie płyty? Przychodzi mi na myśl tylko jedna odpowiedź.

Niesamowita łaska. Niezasłużona i nieograniczona. Kiedy znasz swoją niedoskonałość, nie chcesz zgodzić się na taki układ. Chcesz za to zapłacić. W jakikolwiek sposób – pieniędzmi, umartwieniem, poniżeniem, pobożnością czy dobroczynnością. Jednak to nie ma wpływu na to, że jeśli tylko się na to zgodzisz, to otrzymasz tę niezasłużoną łaskę w nieograniczonej ilości. BANG, to rozwala moje religijne myślenie!

Kiedy z dzisiejszej perspektywy patrzę na minione kilka miesięcy, to wiem, że nasze kolejne 12k session musiało być właśnie o tym. Przez wakacje wiele razy chciało nam się wyć i złościć na to w jakim położeniu właśnie się znajdujemy. Chcieliśmy szukać ludzkich rozwiązań, skrojonych na miarę naszych możliwości. Dzisiaj wiemy, że to było kompletnie bez sensu. Wiemy, że niektórzy ludzie stawiani są na naszej drodze na jakiś czas i że najlepszym co możemy zrobić, kiedy ten czas się kończy, to błogosławić im i docenić to, co od nich otrzymaliśmy. Jesteśmy też przekonani, że są momenty, kiedy uczysz się wierności w małym (lub mniejszym), by być gotowym na duże (większe). Może lepiej rozumiemy, że Bóg jest wierny swoim obietnicom, choćby nie wiem co się działo, a jedyną osobą, która może coś w tej sprawie zmienić na gorsze jesteśmy my sami. A przede wszystkim mamy pewność, że ten tekst jest o nas (i nie tylko):

I once was lost but now I’m found,
Was blind but now I see.

 

Smacznego. BLESS