Przed przeczytaniem, zapoznaj się z treścią Pisma Świętego (szczególnie Mt 6, 31-33), gdyż tekst może zostać niewłaściwie odebrany.

 

Wszystko zaczęło się w czerwcu ‘16. No dobra, nie wszystko. Moje wszystko zaczęło się w czerwcu ‘93. A wszystko wszystko – jeszcze trochę wcześniej.

Popsuł mi się komputer. Po kilku latach, upadkach, ciągłym ładowaniu baterii i zatykaniu otworów wentylacyjnych kołdrą – miał prawo. Jakoś do rzeczy przywiązana nie jestem, więc się nie popłakałam. Ale lekki smuteczek był, zwłaszcza, że czas sesji, a na pulpicie wszystkie zdjęcia pytań z egzaminów z zeszłych lat. Nie wspominając o tym, że nie mam telewizora, więc na czym niby obejrzę Friends’ów w noc przed egzaminem? #tragedia

Wakacje minęły, ja wciąż bez komputera. Nawet jakoś szczególnie nie odczułam tego braku, bo w wakacje się nie siedzi w domu przecież, tylko wychodzi na miasto. Ale zaczął się semestr, a wraz z nim milion prezentacji. Prezentacja z bhp na śniadanie, prezentacja z fotochemii na kolację. Nie będę narzekać na Google Slides na telefonie, ale mimo wszystko – no nie. Laptop by mi się przydał, Tato*. Długo czekać nie musiałam, bo jakiś tydzień później pojechałam w odwiedziny do babci i chwilę po tym, jak próbowałam wytłumaczyć, że nie słodzę herbaty nie dlatego, że wszyscy się odchudzają, to i ja, ale dlatego, że herbata sama w sobie jest smaczna, wyszłam z jej mieszkania z 2k hajsu w portfelu. I tak oto moje biurko przywitało nowego laptopa.

Styczeń ‘17. Popsuł mi się ajfon (4s tylko, więc luz). Zazwyczaj jak padał, to – na lajcie, bez stresu – naprawi się przecież. Tym razem jednak poczułam, że to ten dzień. I dobrze poczułam, bo kilka dni później dostałam smsa z serwisu: Naprawa zakończona niepowodzeniem. Przypomniało mi się, jak ostatnio, podczas jednej rozmowy śmiałam się, że musimy mieć nowe ajfony, żeby nie było różnic w emotach, bo może to doprowadzić do niepotrzebnych spin. A teraz nawet tego nie mam. No świetnie…

Kupiłabym jakiegoś używanego 5s, ale kasy (i czasu na podróż przez pół Polski do babci) brak. Pogodziłam się więc z tym, że póki co: Nokia C3. #znajdźdobro mówią – to znalazłam: klawiatura qwerty jest? – jest, więc spoko. I zima akurat, więc jeszcze bardziej spoko, bo można w rękawiczkach pisać smsy, a nie to, co w tych dotykowych… No i +10 punktów do hipsterstwa przecież.

Ale w duchu (i nie tylko w duchu) powiedziałam: Tato*, potrzebuję chyba nowego telefonu. Ale… wiesz, bez spiny.

Dwa dni później jechałam eskaemką do Gdyni z ajfonem 5s w kieszeni. #dziękinabonator

To niesamowite, że jak ufasz, nie przejmujesz się za bardzo rzeczami, które tak – są potrzebne i przydatne, ale nie najważniejsze, to i tak masz to, czego ci potrzeba. A nawet ponad miarę. #mt6,33

Ale to nie jest puenta.

No ok. Mam nowego laptopa, nowy telefon, a semestr się skończył i prezentacje się skończyły. Przez te kilka miesięcy bez komputera, tak się od niego odzwyczaiłam, że praktycznie z niego nie korzystam. Z telefonem to samo. Jest egzamin w przyszłym tygodniu, do którego się uczę i najbliżsi o tym wiedzą, więc za bardzo nie dzwonią i nie piszą. Na fejsie nic się nie dzieje, ze Snapchata nie korzystam od miliona lat, obczajanie ulic w Google Maps już się znudziło. Zostaje tylko zmienianie utworów na Spotify, ale to i tak można robić z zablokowanego ekranu… No i takie to życie.

 

*kocham mojego tatę, ale tu o Tatę mi chodzi