Nikt nie musiał nas tego uczyć. Wszyscy wyssaliśmy to z mlekiem matki. Cześć, ale dzisiaj wieje!, Stary, leje jak z cebra, też tak przemokłeś?, Zapowiadają upały na weekend, słyszałaś? Plażing-smażing!

 

Boże, pobłogosław smol-toki. Pobłogosław te malutkie przydrożne wiaty, chroniące przed zamiecią rozmowy, kiedy nie znamy kogoś za dobrze albo temat staje się niewygodny. O, to to. Bo właściwie dlaczego temat pogody jest taki wygodny? Bo każdy ma do niej taki sam stosunek? Nie byłabym tego taka pewna. Masz małe dziecko, więc czekasz na śnieg, żeby pozjeżdżać z nim z górki na sankach. Ja czekam, aż stopnieje, bo co rano muszę robić kilometry ze szczotką naokoło auta, przedzierając się przez zaspy niczym Marek Kamiński na biegunie. Nienawidzisz upałów, ja – uwielbiam (swoją drogą – co za narodowa hipokryzja, narzekać na zimne lato, a potem narzekać, że ukrop i gorąc. I tak, proszę ciebie, w kółko). Czekasz na deszcz, bo jesteś rolnikiem, a ja wolę, jak jest sucho i nie mokną mi białe tenisówki. Serio to jest taki neutralny temat?

A może rozmowy o pogodzie są wygodne dlatego, że temat jest mało istotny? O, nie sądzę. Plany życiowe (a przynajmniej urlopowe i weekendowe) uzależniamy przecież głównie od niej. Deszcz równa się budowa twierdzy obronnej z pledu, prażynek, kubków po herbacie i laptopa. Słońce – wypad za miasto. Śnieg – Łysa Góra w Sopocie, czy co tam koło siebie macie do zjeżdżania (pewnie ziomki z południowej Polski śmieją się teraz w głos: Łysa Góra? Że łysa, to i może, ale że góra, to nie sądzę. He, he). I tak dalej. Sami widzicie, pogoda wcale nie jest tematem mało istotnym.

…aha. No tak. Przecież. Na pogodę nie mamy żadnego wpływu. O to chodzi! Nikt nie posiada na pogodę wpływu bardziej lub mniej – wszyscy nie mamy go po równo. Co z tego, że ja chcę słońce, ty chcesz deszcz, a ona śnieg – i tak będzie, co ma być.


Dygresyjka. Państwo pozwolą. Często leżę sobie rano w łóżku, bo jeszcze nie chce mi się wstawać. No, dobra – nie często, tylko zawsze. Nachodzą mnie wtedy różne dziwne rozkminy. Typu: ktoś kiedyś ustalił, że 1 metr to tyle i tyle, ni mniej, ni więcej. Moje pytanie: jak to się stało, że wszyscy na świecie zostali poinformowani, ile ma ten 1 metr? Przecież odnośnikiem były tylko niedokładne miary, jak choćby: łokieć. Jacyś kolesie jeździli po całym globie z jakimś metrowym kijkiem, czy jak?… Ale mniejsza o to. Bo tym razem usilnie rozmyślałam o czymś innym.


Kiedy opowiadamy o fantastycznym kuligu, który ostatnio zorganizowaliśmy, a ktoś odpowiada, że nie znosi śniegu, jakoś umiemy to przyjąć. Ale kiedy opowiadamy o pysznym obiedzie z ziemniaków, który ugotowaliśmy, a ktoś wtrąca, że ziemniaki są spoko, ale przerzucił się na bataty, to ej, chyba mu się w czarnej poprzewracało! (Tak naprawdę słowo batat słyszymy pierwszy raz w życiu, ale nie możemy powiedzieć tego głośno.) Nasza wojna z batatem nabiera w tym momencie głębszego sensu. Słuchajcie – mówimy – świadomie decydujemy się jeść ziemniaka, bo ziemniak to tradycja! A batata przy okazji trochę obśmiewamy, interesowanie się nowinkami spłycamy do ślepego podążania za przelotnymi trendami, trochę deprecjonujemy. Żeby nie wyszło, że mamy gorzej (chociaż facetowi od batata nawet przez myśl to nie przeszło). Jesteśmy PO PROSTU NIEZALEŻNI OD OBECNIE PANUJĄCEJ, TFU, MODY.

A wpadliście kiedyś na to, że niezależnym jest się i tak OD CZEGOŚ? Jeżeli masz coś w dupie, to i tak pozostajesz W ODNIESIENIU do tego czegoś. Czyli, paradoksalnie, w jakimś sensie od tego zależysz. Zaciekła negacja to nie jest obojętność.

Zwykle wychodzi z tej negacji wewnętrzna spina. Jak więc się rozpiąć? Skumać, że jako ludzie jesteśmy ze sobą nieporównywalni, ergo nie musimy udowadniać swojej źle rozumianej niezależności, zależności, wyższości, niższości, lepszości, gorszości, byciaponadtowości i innych tego typu spraw. Tak jak pisał Alek, każdy ma swój tor, którym zasuwa w biegu życia. Miejsca na mecie są tylko pierwsze, o ile znajdziesz się na odpowiednim torze – i mam tu na myśli odnalezienie swojej unikalnej mission impossible w tym świecie. Generalnie porównywać się z drugim człowiekiem to tak, jakby zestawić sukienkę ze słuchawkami do iPoda. Trochę bez sensu, bo niby jakie przyjąć kryteria.

Da się nie wchodzić z butami w czyjąś egzystencję, bo ten ktoś jest autonomiczną jednostką – i tak w jego życiu będzie, co ma być. Da się nie porównywać, więc da się życzliwie pogadać. Nie być ani ponad, ani pod, tylko obok. Da się respektować zdanie inne od naszego. Da się uszanować, że ktoś woli deszcz, nie słońce.

 

Zdjęcie: D Sharon Pruitt