Zaczęło się niewinnie.

Oglądałem sobie na jutubie amerykański The Voice, etap TOP 9. Każdy z nich mógłby już właściwie nagrywać płytę, śpiewają kosmicznie. Od TOP 9 przeszedłem płynnie do blindów. Właściwie, to karierę mogą zacząć już wszyscy z blindów. Do tego jurorzy, jak dla mnie, pełna klasa. Christina Aguilera, Adam Levine, Pharell, Blake.

 

Chwila…

Blake?

 

Co to za typ? Gada jakby przyszedł prosto od dentysty po wyrwaniu ósemki i jeszcze mu nie puściło znieczulenie, nikt z przesłuchiwanych jakoś specjalnie nie kwapi się, żeby wybrać go na swojego coacha, reszta jurorów trochę jakby kręciła z niego bekę. Niewinną. Ale bekę. A kto go wybierał? Dziewczyna w krótkiej spódniczce i kozaczkach, dziewczyna w krótkiej spódniczce, kozaczkach i z gitarą…

Search, Blake. Proponowany wynik – Blake Shelton, sprawdzam. Ok, to on. Play.

Oooooooo. Ok. Ok, ok, dobra, mamy to. O Panie, wzięli barda country na jurora The Voice?? Ile ten Blake ma wyświetleń? Hm, nieźle. Dwadzieścia trzy miliony, pięć milionów, czterdzieści dziewięć, pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt milionów. Pięćdziesiąt milionów. Kawałek country wydany cztery lata temu ma pięćdziesiąt milionów wyświetleń. Po prawej stronie jutub proponował mi kolejnych wykonawców. Dobrze, zróbmy małe dochodzenie.

Blake nie jest monopolistą. O nie, zdecydowanie nie. Ma wielu kolegów po fachu. Kip, Jake, Tyler, Cole, Joe, Scotty. Brzmi trochę jak imiona kumpli z jednej farmy. Hej, Kip! Podaj mi moją kolbę kukurydzy!Tyler, widziałeś gdzieś Scotty’ego? Chyba pojechał z Margaret i Jane na targ. Posłuchałem trochę tych chłopaków. Gdyby ktoś postanowił poznać Stany Zjednoczone słuchając tylko piosenek country i oglądając te teledyski, to w jego głowie powstałby następujący obraz USA:

Czasu nie mierzy się tu w dniach, miesiącach, czy latach. Jest tylko saturday night. Ewentualnie musi istnieć jakiś specyficzny obszar czasoprzestrzeni, w którym ludzie bezwładnie zawieszeni czekają na saturday night i obszar po, w którym piosenkarze country piszą piosenki o tym, jak dobrze było na ostatnim saturday night i że czekają na kolejne. Woda pełni tu tylko funkcję rzekotwórczą – tak, żeby można było rozpalić ognisko by the river. W kwestii picia mamy tu pewną dowolność – możesz sączyć whiskey albo pić ice cold beer, które podaje ci twoja pretty girl lub ol’ damn best friend. Ludzie rodzą się tu w jeansach i w jeansach umierają. Słowo samochód znaczy tu ford pickup, ewentualnie czasami jeep. Dziewczyny zajmują się głównie tańcem, będąc oparte o jakiś pal lub tańcem wokół pickupa. Wokaliści są zazwyczaj mało urodziwi, ale mają największe powodzenie ze względu na swój niezawodny atrybut – gitarę akustyczną, którą biorą na każdy wyjazd pickupem do lasu z (niekoniecznie) swoją dziewczyną.

Jeśli ktoś pomyśli, że przesadzam, to może mieć rację. Ale rzucam wyzwanie – przesłuchaj sobie po dwie dowolne piosenki kumpli z farmy: Blake Shelton, Kip Moore, Jake Owen, Tyler Farr, Cole Swindell, Joe Nichols, Scotty McCreery. A teraz znajdź trzy różnice.

 

Z czymś się to wam kojarzy? Mi bardzo.

Disco polo. Jakaż prostota przekazu. Generalnie mamy z tego bekę, ale na imprezach leci, a i liczba wyświetleń nigdy nie kłamie. Muzycznie? Wiadomo, country w porównaniu z disco polo wypada lepiej. Ale nie oszukujmy się – ogół amerykańskiego przemysłu muzycznego wypada dużo lepiej. Skoro jest taki dystans pomiędzy muzyczną czołówką w naszych krajach, to nawet logicznym jest żeby pomiędzy niższymi sferami też była spora różnica. Warstwa tekstowa? <ocena subiektywna> Wiadomo, że angielski brzmi lepiej. </ocena subiektywna> Ale gdyby zostawić tylko przekaz? Dziewczyny, dziewczyny, samochody, jedziemy na imprezę, drinki, poznałem piękną dziewczynę na imprezie, zakochałem się, ona też, ona tańczy dla mnie, ja śpiewam dla niej, jak mogłem żyć bez ciebie, rozstajemy się, jak będę żył bez ciebie. I tak dalej, krąg życia się zamyka. Jakiś wniosek? Chyba tak.

Jaki kraj – takie country.

Kocham Polskę, serio. Ale staję w prawdzie i wiem, że wolałbym się wychować na dźwiękach Rolling Stonesów, a nie Lady Pank. Chciałbym na zaliczeniach z muzyki w podstawówce śpiewać Kelly Family, a nie Wsiąść do pociągu byle jakiego. I naprawdę, uważam, że byłbym teraz w innym momencie swojego muzycznego rozwoju, gdybym jako mały szkrab nucił w kościele Amazing Grace, a nie Chwalcie łąki umajone.

Na szczęście wiem, że tutaj mamy tylko kilkadziesiąt lat zesłania i nie jest istotne gdzie się urodziłem i czy od dziecka nasiąkałem tylko najlepszym muzycznym, tudzież artystycznym, stuffem i wbiję na top w dziedzinach, które uprawiam. Istotne, żebym zgarnął jak najwięcej ludzi, którzy razem ze mną wbiją na prawdziwy top – do Domu Ojca.

 

Wierzę, że tam już nie będzie disco polo.