Moje miasto.
Moje piękne miasto.
No kocham je.


Te kamienice na starówce, fontanny, wysokie budynki, moja ulubiona kawiarnia z moją ulubioną kawą i ulubionym miejscem do czytania, moja ulubiona siłownia, gdzie trener już mnie kojarzy i nie patrzy na mnie jakbym chciała ukraść sztangę, ale pyta czy pomóc, moja ulubiona trasa na spacery z przyjaciółką. Plaża zimą taka piękna, wiosną jeszcze piękniejsza, a latem… latem.
L.A.T.E.M.


Latem siedzisz w tym swoim kochanym mieście i wyjeżdżasz na to swoje kochane miasto. I co? I korki latem jak korki wiosną razy milion. I po co komu ten samochód, gdy nawet pielgrzymka cię wyprzedza…

Masz samochód – źle, nie masz samochodu – jeszcze gorzej, bo jak tramwaj się popsuje, to siedzisz i nikogo nie obchodzi, że się spieszysz. Jeszcze jak jedziesz nowym, to luz, bo jest klima, ale jak siedzisz w starym wagoniku, to przecież rozbój w biały dzień! Bilety drożejo, więc mogliby kupić nowe swingi albo jazzy, a nie.

No dobra, dostałam się na tę starówkę. Ktoś mi próbuje wcisnąć szczekającego pieska, ktoś zaczepia, że tu najlepsze obiadki, ktoś proponuje zwiedzanie po niższej cenie, tu dzisiaj jam session, tam rejs statkiem, tu zdjęcie z człowiekiem-posągiem. Wakacje. Turyści. Milion turystów. Miliard. Przejść nie można. A to moje miasto przecież. Mieszkam tu cały rok, a teraz nawet za molo muszę płacić. No cyrki nieprzeciętne.
Idę do mojej ulubionej kawiarni i nie ma miejsca. Chcę się przejść na plażę, a tam parawan na parawanie, gdzie kiedyś był piasek. Leżą, się opalają, ciekawe czy w ogóle ogarniają, że tam obok jest morze.


Gdy poziom hejtu przewyższa poziom docenienia i zadowolenia z mojego miasta, postanawiam – wyjeżdżam. Mazury, Kurpie, Podlasie, gdziekolwiek. Ważne żeby była cisza i spokój.
Znajduję to, hallelujah!
Doceniam.
Ptaszki ćwierkają, las szumi, woda płynie, wszystko na swoim miejscu.
Cieszę się z każdego drzewka, z każdej plaży, na której widzę miejsce, żeby usiąść. Niesamowity kwiatek, niesamowity piesek, wszystko niesamowite.
Żyję w tej sielance dzień, dwa, tydzień i nagle, nagle przypominam sobie o istnieniu lodów naturalnych. No, zjadłabym sobie. Przypominam sobie te smaki – kinderki, truskawka z bazylią, czekolada Madagaskar… Ale póki co, zadowalam się lodem ze sklepu na rogu. Na Piotra i Pawła czy Carrefoura nie ma co liczyć, ale to i lepiej, bo w osiedlowym przynajmniej nie jest aż tak drogo.

Żyję sobie w tej sielance kolejny dzień, dwa i nagle, nagle ogarniam, że od tygodnia nie piłam kawy! Ok. Lody mogłam odpuścić, ale rozpuszczalki nie wypiję. Wpisuję w Google, gdzie w pobliżu jest kawiarnia i wyskakuje mi Starbucks, Costa i Green Caffe Nero. Cieszę się jak dziecko, że za chwilę napiję się normalnej kawy, dopóty, dopóki nie widzę, że to 206 km od mojej sielanki. W stolicy.
I to jest ten moment, w którym przypominam sobie o moim mieście. I uświadamiam sobie, że chyba tęsknię.


Wracam.
Idę starówką prosto do mojej ulubionej kawiarni i wcale mi nie przeszkadzają ludzie, robiący foty co każdy krok.
Spotykam się ze znajomymi w Drukarni.
Piję kawę.
Znów doceniam swoje miasto.
Chyba nawet je kocham.