To przysłowie w wersji oryginalnej jest mi bardzo dobrze znane. Popularne, mądre, konfrontujące. Nieraz zabrzmiało w ustach nauczyciela / rodzica / dziadka / babci / mentora (niepotrzebne skreślić), kiedy pozwoliłem sobie na zbyt pochopną ocenę otaczającej mnie rzeczywistości. Jeszcze bardziej zyskało na znaczeniu, odkąd trochę tych książek przez moje ręce się przewinęło. Nówek z księgarni i starowinek z antykwariatu, opraw twardych, miękkich i zintegrowanych, kolorowych pięknotek i niepozornych szaraczków. Zawsze jednak trzymałem się pewnej ważnej zasady, którą zresztą wyznaję do dziś – jeśli książka ma się nazywać książką, jej zawartość musi być zebrana i oprawiona w okładkę.

 

Przypomina mi się pewna sytuacja: idę sobie do Empiku, ot tak, popatrzeć co tam na regałach piszczy. Niewinnie się snuję, momentami na coś zerknę, aż tu nagle – O MAMUSIU! Moim oczom ukazuje się jedyny w swoim rodzaju widok – prawdziwa piękność o idealnie nasyconych kolorach, nienagannie zaokrąglonym grzbiecie, pokryta elegancką, aksamitną folią, przyozdobiona precyzyjnym złoceniem, tłoczeniem i olśniewającym lakierem. Biorę ją do ręki – wow, otwiera się idealnie, pachnie nieziemsko, widać, że ktoś przyłożył się do roboty. Rzucam przelotnie okiem na tytuł – całkiem interesujący – idę do kasy dokonać zakupu i odchudzić portfel, po czym wracam do domu z bananem na twarzy i poczuciem dobrze wydanych pieniędzy. Cóż za piękny i udany dzień!

Wieczorem parzę sobie herbatkę, włączam lampkę nocną, zasiadam do lektury i nagle… coś zaczyna zgrzytać. Hmm, fabuła jakaś taka płytka, bohaterowie kiepsko wykreowani, język wyjątkowo ubogi… czy aby na pewno tak miało być? Męczę pierwszy rozdział, z nieco osłabionym skupieniem zaczynam drugi, z czasem coraz bardziej tracę orientację, nerwowo przewracam kartki z nadzieją wyczekując przełomu, aż w końcu po kolejnych kilkunastu minutach pogłębiającej się katorgi ogarnia mnie frustracja i stwierdzam, że ten Święty (jeszcze parę godzin temu) Graal poza godną reprezentacją sztuki poligraficznej nie ma w sobie nic ciekawego! Nic, zero, null – pieniądze wyrzucone w błoto. Spoglądam jednocześnie w stronę mojego regału i mocno zawstydzony uśmiecham się do tych starych, sfatygowanych książek z połamanymi grzbietami, zagiętymi rogami, gdzieniegdzie poplamionymi i przykurzonymi brzegami. Mimo, iż obecnie daleko im do miss of the book world, wiem że jeśli tylko po którąś z nich sięgnę, znów będę mógł przeżyć piękną przygodę, a każda spracowana kartka pomoże mi po raz kolejny przenieść się w nieodgadniony świat mojej własnej wyobraźni. Nie to co ta, właśnie lądująca w kartonie albo na aukcji na allegro, fałszywa piękność.

Podejrzewam, że przytoczone na początku przysłowie kojarzy się raczej właśnie z takim zapomnianym, pożółkłym egzemplarzem, ozdobionym jedynie tytułem oraz inicjałami autora, niekoniecznie wołającym z każdej strony: przeczytaj mnie. A przecież działa to też w drugą stronę. Na co mi piękne złocenia i precyzyjnie zaokrąglone narożniki, skoro treść nadaje się tylko do tego, żeby zrzucić ją w otchłań zapomnienia? Cóż z tego, że codziennie będę chodzić na najlepszą siłownię w mieście, skoro nikt nie będzie chciał wybrać się ze mną na kawkę czy na soczek, wiedząc, że jedyne co ode mnie usłyszy to przechwałki i jedna, wielka fanfaronada? Cóż z tego, że przynajmniej raz w miesiącu odwiedzę fryzjera/barbera, skoro mnie nie odwiedzi nikt w strachu przed wyśmianiem i bezlitosną oceną? Cóż z tego, że będę się pięknie wypowiadać publicznie, skoro wśród bliskich mój język będzie służył jako narzędzie tortur? Inwestowanie w siebie nie jest oczywiście niczym złym – schludny wygląd, porządne wykształcenie czy zadowalająca praca to rzeczy jak najbardziej dobre. Ale co mi da taka samorealizacja, jeśli jednocześnie nie zadbam o relacje z Bogiem, rodziną i przyjaciółmi? Co da mi nowiutka Omega (albo chociaż ładny Timex) na nadgarstku, skoro słowa wydobywające się z moich ust będą dla otoczenia niczym ukąszenia jadowitego tajpana? I w końcu – co da mi życie na pokaz, skoro wewnątrz będę nieszczęśliwy, a moje spojrzenie będzie działało na resztę niczym wzrok bazyliszka?

Nie chcę być tylko okładką – chcę być piękną książką!