Mundial – a cóż to za enigmatyczne, niepolskie słowo? I czemu wszyscy ostatnio tak często go używają? Bez przerwy słyszę o tym w telewizji, czytam w internecie i na ulicy też ciągle o tym gadają. O co w tym wszystkim chodzi? Hmmm, już patrzę… mundial z języka hiszpańskiego oznacza światowy. Niby zwykłe słowo, ale i niezwykłe. W dodatku jest zaledwie przymiotnikiem, a nie potężnym rzeczownikiem. Jednak łatwość jego wypowiedzenia i chyba ta wdzięczność w brzmieniu sprawiła kiedyś, że zagościło na stałe w języku polskim, a co cztery lata pod koniec wiosny jest odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. Tak, tak… ta chwila właśnie nadeszła – mistrzostwa świata w piłce nożnej tuż tuż!

 

Muszę przyznać, że mundial to określenie wprost idealne, wyrażające więcej niż tysiąc słów, w siedmiu literach kompresujące ogrom całej tej niesamowitej machiny… Znienawidzone przez gospodynie domowe, które maksymalnie po dwóch, trzech dniach mają już dość zielonych barw na ekranie telewizora i zasypują swoich mężów pytaniami: A kiedy to się w końcu skończy?. Kultowe wśród kibiców i najlepszych kumpli, będące dla nich idealnym argumentem na wspólne spotkanie przy asyście kalorycznych przekąsek. Ukochane przez sponsorów, biznesmenów i dziennikarzy, w końcu biznes ys biznes (lub, dla niektórych, komercha).

Czy będę oglądał tegoroczne mistrzostwa świata? Oczywiście. Czy będę kibicował naszym (po 12 latach znów awansowaliśmy, hip hip hurra!)? Łatwo nie będzie, ale rodaków trzeba wspierać. Czy znów będę skakał ze złości i fruwał ze szczęścia, jeśli moim się (nie) powiedzie? No raczej, cały ja. Ale w ogóle będę miał z tego jakieś korzyści? Kolejne spotkania ze znajomymi, trochę fanu, o ile moi wygrają, odskocznię od innych, znacznie trudniejszych rozgrywek? Oj tak…

Mistrzostwa świata w piłce nożnej odbywają się co cztery lata. Ale ja swój własny, życiowy mundial rozgrywam codziennie. Mundial pełen szalonych spotkań, okraszonych wieloma dramatycznymi zwrotami akcji, licznymi dogrywkami czy szargającymi nerwy seriami rzutów karnych. Walką do ostatniej minuty, obmyśloną strategią, ale i niejednokrotnie wesołą improwizacją. Brzmi znajomo? Zastanów się wraz ze mną, kim jesteś w tych wyjątkowych zawodach. Brazylią lub Niemcami, dzięki czemu wszędzie uchodzisz za faworyta, rzadko ponosisz porażki, a jeśli już omsknie ci się noga, to szybko potrafisz się podnieść i solidnie skopać siedzenie niepowodzeniu? Tunezją lub Arabią Saudyjską, a twoje drugie imię to Znowu się nie udało – trzy mecze i do domu, przez co pomimo ciągłych starań, wracasz codziennie do domu z pracy/szkoły/uczelni totalnie przybity i zniechęcony? A może Australią, Kolumbią lub Meksykiem, i zamiast chodzić spięty i zestresowany, żyjesz na pełnym luzie, wszyscy cię lubią, a jak coś ci nie wyjdzie, to przecież za 4 lata znowu będą mistrzostwa? Albo Belgią bądź Holandią i tak bardzo bardzo chciałbyś osiągnąć coś więcej, ale zaraz słyszysz, że to znów nie ten czas i znów brakuje ci tej wrednej kropki nad „i”? A może wesołkiem typu Jamajka 1998, Trynidad i Tobago 2006 lub Nowa Zelandia 2010 – trochę poszalejesz, pozaczepiasz, pośmiejesz się, potańczysz, ale nikomu w życiu nie zawadzisz? Ewentualnie cichą wodą, która niejeden brzeg już zerwała i chociaż nikt nie odważy się na ciebie postawić, to ty niczym Chorwacja w 1998 lub Turcja w 2002 staniesz na podium i pokażesz język niedowiarkom?

Ja w każdym razie jedno wiem na pewno – obojętnie czy będzie się dla mnie liczyć tylko uczestnictwo i dobra zabawa, albo może jednak wybiorę zaciekłą walkę o puchar, zarabiając przy okazji żółte kartki, nieraz narażając się na kontuzję i często dyskutując z sędziami tego życia, zawsze będę pod opieką najlepszego Selekcjonera i Kibica w jednym, który już kiedyś obiecał mi, że nigdy mnie nie zawiedzie. Dobrego mundialu!