​Aktywność fizyczna to z pewnością rzecz bardzo dobra. Odpręża, pozytywnie wpływa na zdrowie, może stać się hobby, pasją, a nawet sposobem na życie. Co prawda nie każdemu pisane jest zawodowstwo w wybranej dziedzinie sportu, ale niewymagająca podpisywania kontraktów codzienna rekreacja jest dostępna dla każdego. Przyznam szczerze, że do napisania tego tekstu, natchnął mnie nie tak dawny bieg na niecałe 10 km, który miałem przyjemność odbyć wraz z moją żoną Emilią. Przypomniał mi on nie tylko o średnio rewelacyjnym stanie mojej kondycji, ale przede wszystkim otworzył oczy na jedną istotną kwestię: nie dziwię się ani trochę, dlaczego od zarania dziejów bieg przedstawiany jest jako metafora życia.

 

​Słownik języka polskiego PWN definiuje bieg jako posuwanie się naprzód szybkimi skokami; przemieszczanie się lub funkcjonowanie czegoś; dzianie się, rozwijanie zdarzeń, myśli. Już tutaj widać, jak to wszystko ciekawie ze sobą współgra. W swoim życiu biegałem nie raz, nie dwa. Często świadomie (no bo dobrze się ruszyć, zadbać o kondycję i sylwetkę, pokazać się w sportowym stroju na mieście), czasem przymusowo (bo na w-fie trzeba było akurat zaliczyć test Coopera), a czasem z konieczności (bo autobus przyjechał o 3 minuty za wcześnie, a następny odjeżdżał dopiero za godzinę). Za każdym razem czułem się inaczej – jednego razu zdyszany i półżywy, innego zmęczony, ale zadowolony z pokonanej trasy i liczby spalonych kalorii, które pokazało mi Endomondo, a jeszcze innego sfrustrowany, bo np. nie zdążyłem na czas albo danego czasu nie osiągnąłem. No właśnie, warto przypomnieć o jednej bardzo ważnej rzeczy – czy się biegać kocha, czy nie, zmęczonym zawsze się będzie. Tylko nasz organizm różnie będzie to odczuwał… jak to w życiu, zresztą.

​Tak jak pisałem wcześniej, do przemyśleń z gatunku tych grubych natchnął mnie niewinny bieg (a w zasadzie jogging) po Sopocie. Po pierwsze, nie musiałem się nigdzie zapisywać, opłacać karnetu i wydawać kupy pieniędzy na sprzęt (wystarczyły nabyte kiedyś za półdarmo buty i spodenki + stara ale jara koszulka Manchesteru Utd) – po prostu wyszedłem z domu, rozgrzałem się i na miejsca, gotowi… start! Zupełnie jak 23 lata temu, zanim osiągnąłem pierwszy sukces w edukacji czy karierze zawodowej, zaczynałem tak samo jak moi rówieśnicy – w I klasie szkoły podstawowej, wszyscy wiedzieliśmy o życiu tak samo mało i każdy z nas przystępował do niego z tzw. czystą kartą.

​Po drugie, początek w biegu jest ważny, ale to co dzieje się później, istotne jest jeszcze bardziej. Co z tego, że wystrzelę na starcie jak Speedy Gonzales i pierwszy kilometr przebiegnę w czasie poniżej czterech minut, skoro na drugim złapie mnie kolka, powali zadyszka i jeszcze na dobicie pojawią się nudności? Bardzo popularny i stosowany przez wielu doświadczonych maratończyków bieg interwałowy polega na odpowiednim rozkładaniu sił w trakcie pokonywania odległości, dzięki którym dystans nie tylko się zwiększa, ale w trakcie wysiłku można nawet… odpoczywać! No właśnie… ileż to razy zdarzyło mi się przepracować do tego stopnia, że w pewnym momencie brakowało sił już nawet na zwykły odpoczynek, a jedynym celem było zakrycie się kołdrą i jak najszybsze zakończenie tego parszywego dnia. Brzmi znajomo?

​Po trzecie, przeszkody. I nie mówię tutaj o dyscyplinach olimpijskich, jak bieg przez płotki, ale takich kwestiach jak chociażby górka, zmiana nawierzchni czy niespodzianki pogodowe. Życie to nie jest niestety miły trening na pięknej, lśniącej i równiutkiej bieżni, która samym swoim błyskiem przyciąga olimpijczyków. To raczej niezwykle specyficzny i długi maraton o bardzo zróżnicowanej i ciągle nieznanej trasie. Taki bieg w ciemno. Raz asfalt, raz szuter, raz plaża, raz błoto. Wzgórza, doliny, lasy, góry… sporo kontuzjo- i zadyszkogennych miejsc. Czasem trzeba przyspieszyć, czasem zwolnić. Kiedy we wspominanym przeze mnie biegu przyszło mi finiszować na dość ostrym wzniesieniu (na nasze osiedle nie da się dotrzeć inaczej, jak pod górę) i zacząłem walczyć, aby nogi nie zwaciały mi do reszty, a płuca nie uciekły przez nos, nagle dostrzegłem, jak ni stąd ni zowąd Emila dostała nadludzkiego speeda, na który ja miałem siłę może pół godziny wcześniej, ale na pewno nie w tym miejscu i nie w takim momencie! Tylko w sumie co ja się dziwię – ona od maja regularnie odwiedza siłownię, a ja od kwietnia przebiegłem się może z cztery-pięć razy. Mądry ten, kto wymyślił powiedzenie, że trening czyni mistrza. Jeśli w życiu będę za bardzo chojraczył i rzucał się na megaambitne wyzwania, na które nie jestem odpowiednio przygotowany i przeszkolony, to prędzej czy później zamiast pokonać górę, zatrzymam się w połowie albo, co gorsza, wygrzmocę się, sturlam na dół i zaliczę jakąś kontuzję. O późniejszym żmudnym dochodzeniu do formy nie wspomnę.

​Po czwarte, wsparcie. Można być ambitnym samoukiem, zaopatrzyć się w odpowiednią literaturę, wyszukiwać na YouTubie czy sportowych blogach porad, instrukcji, zaleceń itp. Być trenerem dla samego siebie i niespecjalnie zwracać uwagę na szczegóły, które ciężko dostrzec na pierwszy rzut oka. To nic, że później nagle coś zaboli, że źle ląduję na nawierzchni, że źle wciągam powietrze… jedną z oznak osiągnięcia dojrzałości jest uświadomienie sobie, że jednak wszystkiego się jeszcze nie wie, a nauka trwa całe życie. Jeżeli zabieram się za coś na poważnie i nie mam w tym doświadczenia, naprawdę nie będzie niczym wstydliwym poradzenie się kogoś, kto już z niejednego pieca chleb jadł. Jeśli próbuję pokonać problem w pojedynkę, a tak naprawdę zupełnie nie wiem jak sobie z nim poradzić, będę się tylko kopał z przysłowiowym koniem, ewentualnie walił grochem o równie przysłowiową ścianę. Pokonanie własnej dumy i zwrócenie się z prośbą o pomoc do przyjaciela / rodzica / mentora to naprawdę nic złego, a może się okazać, że dzięki temu zamienimy dziurawy asfalt na naprawdę przyjemną nawierzchnię.

​Po piąte i ostatnie, finisz. Coś się zaczyna, coś się kończy. Szkoła, studia, ciężki projekt, wymagające zlecenie, praca w jakimś trudnym lub specyficznym miejscu itp. Grunt to zakończyć bieg z klasą. Może z siniakami, otarciami, może ze spuchniętymi oczami i spoconym czołem, ale wciąż z klasą. Tak, żebym mógł na koniec powiedzieć sobie: Nie na próżno biegłem i nie na próżno się trudziłem!. Takich zwycięskich biegów, czy to sprintów, czy maratonów, życzę sobie i wam. Bless you all!