Wychowałam się, jako jedno z tych miłych i grzecznych kościelnych dzieci.  Okej – może przesadzam z tym miłym i grzecznym – nie raz i nie dwa przejechałam komuś pazurem po twarzy.

Jeszcze raz. Wychowałam się, jako jedno z tych kościelnych dzieci.

 

Wakacje zazwyczaj spędzałam na obozach i zlotach, gdzie dużo mówiło się o Bogu. Pamiętam, że gdy miałam naście lat na wszystkich tych wyjazdach i spotkaniach wielokrotnie poruszano temat powołania. Musisz wiedzieć do czego stworzył Cię Bóg! – grzmieli kaznodzieje. Niech podniesie rękę każdy, kto wie do czego został powołany – nawoływali. Ponad połowa sali macha rękoma, a ja czuję zimny pot na plecach. Jak to możliwe, że nie wiem? Przecież mam 13 lat – powinnam już wiedzieć.

Kolejny wyjazd. Znów to samo pytanie i znów mnóstwo podniesionych rąk. A po środku ja – na zmianę zła, zagubiona, wściekła. Raz zapłakana szukająca odpowiedzi, innym razem tupiąca nogą i wykrzykująca, że muszę wiedzieć – najlepiej tu i teraz.

Z czasem polubiłam definicję powołania, która mówiła, że jest to nic innego, jak odpowiadanie na potrzeby, które zauważamy wokół siebie. Wtedy, jako wzorowa córka pastora przerobiłam wszystkie punkty z listy – sprzątanie w kościele, ustawianie krzeseł, kościelna biblioteka, kawiarnia, pomoc przy zajęciach dla dzieci, obsługa rzutnika, gra na pianinie w zespole i witanie gości. Nic mi nie umknęło – czy odhaczyłam wszystkie punkty z listy powołania?

Kilka lat później wylądowałam w Warszawie. Po 24 godzinach od wypakowania bagaży stałam się częścią teamu witającego uczestników eventu, a kilka dni później podjęłam decyzje o zaangażowaniu w duszpasterstwo studenckie.

Minął jeden sezon. Drugi. Do końca trzeciego nie wytrwałam. Czułam się zmęczona i przytłoczona. Wycofałam się, spakowałam tornister i uciekłam. Może powinnam uderzyć się w pierś i powiedzieć, że żałuje. Owszem żałuję, że rozczarowałam tych, którzy wierzyli we mnie bardziej niż ja sama. Nie żałuję, że pozwoliłam sobie przewietrzyć głowę. Uczę się, że czasami trzeba zrobić krok do tyłu, żeby później zrobić trzy kroki naprzód.

Minęło trochę czasu, a z tyłu głowy znów zaczęły się pojawiać pytania o kierunek, w którym zmierzam. Skutecznie zagłuszyłam je pracą. Ale przychodzi taki moment, gdy wiesz, że pieniądze i kolejne szczeble w (nawet wymarzonej) pracy nie są odpowiedzią.

 

Miejsce powołania – miejsce szczęścia?

Całkiem niedawno poczułam, że w mojej głowie zaczyna się rewolucja. Spędziłam sobotni wieczór wertując Biblię, szukając czegoś co pozwoli mi znaleźć odpowiedź na pytania, które mnożyły się w moim życiu. Trafiłam wtedy na historię Mojżesza. Wiesz – ten klasyk, gdy wyprowadza niewdzięcznych Izraelitów z Egiptu. Za każdym razem, gdy czytam tę historię mam ochotę pokłonić mu się w pas. Zawsze wydaje mi się, że z moim cholerycznym charakterem podusiłabym tych marudników po kwadransie na pustyni.

Nagle moja perspektywa się zmieniła – mój wzrok skierował się na fragment, w którym Mojżesz staje przed Bogiem i życzy sobie śmierci. Okej, każdy, kto choć przez chwilę pracował z ludźmi, wie że są takie chwile, że się odechciewa, ale moment, w którym człowiek życzy sobie śmierci to trochę większy kaliber. Zdecydowanie większy. Poczułam, jak zstępuje na mnie oświecenie. W mojej głowie bardzo długo gościło kłamstwo. Z jakiegoś powodu długo tkwiłam w przekonaniu, że miejsce powołania to miejsce szczęścia i satysfakcji. Że gdy stanę we właściwym miejscu to zaleje mnie fala entuzjazmu, a z mojej twarzy nigdy nie zejdzie uśmiech.

Zonk. Błąd. Error. Decydowanie się na powołanie to nie bilet do krainy uśmiechu. To nie gwarancja na bezproblemowe życie. Bardzo możliwe, że będą uderzać cię endorfiny. Możliwe, że będzie to gorzki punkt, gdzie wypłaczesz sobie oczy i raczej nie będzie ci wygodnie. Będziesz miał ochotę strzelić sobie w łeb (dzięki Mojżeszu, kamień z serca na myśl, że najlepszym się to zdarza), a jednak to będzie to.

To będzie to, do czego zostałeś powołany.

 

Zdziwiony? Ja trochę tak.

Gotowy na życie w sposób, do którego zostałeś stworzony?