Miałam logikę na studiach i nawet ją zdałam. Teoretycznie, mogłoby mi to pomóc zyskać na wiarygodności i jakimkolwiek potwierdzeniu, że to co tutaj ze sobą powiążę ma sens, ale wszyscy dobrze wiemy jaką wartość mają studia w dzisiejszych czasach. Zatem moje studia i logikę zostawmy w spokoju – nie są aż tak wiarygodne. Ale za to Biblia! Biblia to całkiem inna sprawa i w to, co w niej napisane wierzyć warto. Dobra, skoro warto, to skupimy się dzisiaj na niej. Witam na lekcji z wdzięczności.

Najpierw teoria, później praktyka. 

TEORIA

W Biblii są napisane dwie rzeczy (napisane jest więcej, ale akurat ja skupię się na tych dwóch).

  1. Zawsze dziękujcie (Ef 5:20, 1Tes 5:18)
  2. Bóg wszystko obraca ku dobremu (Rz 8:28)

*Punkt dla chętnych: Zawsze zwracaj swój wzrok na Jezusa (Ps 16:8)

No to tyle. Jeśli potrzebujesz wyjaśnienia – czytaj dalej. Jeśli wszystko jasne – przejdź do praktyki.
To ja to widzę tak. Jest dobrze? Super – dziękuj. Nie jest dobrze? Nie całkiem super, ale dziękuj, bo Bóg wykmini wszystko tak, że będzie super, więc można pominąć marudzenie, narzekanie na własny los i użalanie się nad sobą, bo to zasmuca komórki w mózgu. I zamiast tego należy przejść do punktu 1, czyli “zawsze dziękujcie”, a to komórki w mózgu lubią i robi im się miło (pozdrawiam dr Caroline Leaf). Przejdźmy do praktyki.


PRAKTYKA

Podzieliłam praktykę na trzy levele, w zależności od tego, w jakim miejscu kto się znajduje.

Easy Peasy

Stary, jestem native speakerem wdzięczności! (Wiem, że moje teksty są zamerykanizowane, ale mam to we krwi, sory).

Jeśli wdzięczność jest dla ciebie naturalna, to ekstra – wtedy jedziemy i dziękujemy. Wszystkim i za wszystko, niczym na zmianie w Starbucksie. Za mamę i tatę, brata, siostrę, kuzyna, dziewczynę/chłopaka, męża/żonę – jeśli masz (jeśli nie masz to z wiarą też dziękuj przecież). Za studia, pracę, życie i wiarę. Za Jezusa (jak widać ta lista nie jest ani alfabetyczna, ani chronologiczna, ani logiczna, skoro Jezus jest dopiero tutaj). Za Netflixa i Nutellę (a jednak jest trochę alfabetyczna). Za Friendsów netflixowych i tych friendsów prywatnych. Za Last Christmas i za Christmas, które już niedługo!! Za dobrą kawę (zawsze!). Za Bena Howarda i za Linię Nocną. Za lisy i wiewiórki. I za to, że jest zima i nie ma komarów. Za wszystko co było, co jest i co będzie.

Łatwo poszło. Lista byłaby dłuższa, gdyby nie ograniczenie słowne. Ale spoko. Twoje życie to nie wordpress – ty nie musisz się ograniczać. A wręcz możesz ogarnąć zadanie na szóstkę i zrobić rzeczy tak, żeby ktoś był wdzięczny za ciebie. Pozmywaj komuś naczynia, upiecz ciastka, podwieź do pracy czy coś.

Wait for it

Bywa ciężko, czaisz, ale nie tak ciężko, że tramwaj uciekł. Naprawdę ciężko. I jak wtedy dziękować?

No nie chce się dziękować gdy odchodzi bliska osoba. Albo wtedy, gdy ty przeżywasz sukces życia, a twój najlepszy przyjaciel mówi ci w twarz, że ma to gdzieś i że wcale ci się nie należy. Albo gdy profesor niesłusznie uwala cię na obronie, bo żona mu rano zabroniła posłodzić kawę.

Trudne rzeczy się zdarzają w życiu, nie żyjemy w idealnym świecie. W takich wypadkach polecam skorzystanie z punktu z gwiazdką.

Tylko Bóg nie zawodzi. Tylko On wie wszystko. Wie dlaczego, wie kiedy i wie jak. Zwróć na niego swój wzrok i zobacz, że On zna twój ból. On ma moc ten ból i tę słabość zamienić w moc. On ten ból wziął na krzyż i za to możesz mu podziękować.

Pff

Nie chce mi się dziękować i wcale nie będę. Bez sensu.

Na trudne chwile jest rada, na jakieś braki jest rada, na nadmiary też jest rada, ale na brak chcenia nie ma rady (a jeśli jakąś macie, to dajcie – btw kupię mandolinę, ewentualnie ukulele, gdyby ktoś przypadkiem miał obok rady na niechcenie).

Ostatnio sporo zastanawiałam się nad samym “chceniem” i doszłam do wniosku (to mój prywatny wniosek z ostatnich dni, nie musicie się zgadzać, ogólnie z niczym co piszę nie musicie się zgadzać, a jeszcze ogólniej to wolni ludzie raczej nic nie muszą), że jeśli chcę czegoś, co nie zależy ode mnie, to spoko – mogę chcieć. Na przykład chcę mieć ładną pogodę w dniu ślubu. No i dobra, sobie chcę. To nie zależy ode mnie, więc spoko (w sumie to mogłoby zależeć ode mnie gdybym zobaczyła, że dzisiaj jest ładna pogoda i po prostu poszła i wzięła ślub, tak, wiem, ale to nie o to mi tu chodzi). Natomiast! Jeśli chcę czegoś, co zależy ode mnie, to albo to robię, albo nie robię. Na co mi samo chcenie? Jak jestem głodna to po co “chcieć” jeść? Po prostu jem. A jak nie jem, to znaczy, że po prostu nie chcę jeść. Koniec końców, tak myślę sobie, że nadużywamy słowa “chcieć” i czasem chcenie jest po prostu naprawdę bez sensu. To tak. A jakie było w ogóle pytanie?




Zawsze wiedziałam, że bycie nauczycielem nie jest moim powołaniem.